Be Live Experience Teneryfa

Ten hotel miałem upatrzony już na rok przed finalną decyzją o wyjeździe na Teneryfę. Mimo licznych alternatyw stosunek jakości do ceny przeważył. Czy spełnił oczekiwania?

Jedzenie. Różnorodne. Sporo ryb, kurczaka, mięsa, nie brakuje owoców morza, frytek, hamburgerów, makaronów. Można tak wymieniać. Mega smaczne ciasta, dobre lody. Lunche można jeść zarówno obok basenu, jak i w hotelowej „jadalni”. Mój żołądek często się buntuje, ale tym razem podczas dwóch tygodni praktycznie ani razu nie było kłopotów. Już to wyświadcza kucharzom wysoką ocenę. Co ważne, w połowie i pod koniec czerwca żadnych problemów z miejscem, potrawy często uzupełniane. Może trochę za mało było automatów z kawą i herbatą, ale tu już się czepiam.

Pokój. Odpowiedniej wielkości, dość duża łazienka, z prysznicem i wanną. Wygodne łóżka. Nasz widok - na ulicę i… Los Gigantes.

Plaża. Blisko hotelu - trzeba zejść przy basenach, przejść przez ulicę, dojść 50 metrów i już jesteśmy. Fenomenalny czarny piasek, moim zdaniem to jedna z większych atrakcji. Ocean często ma fale, trzeba mocno uważać. Z boku plaży można zaobserwować duże i małe kraby.

Czystość. Wielki atut. Praktycznie na każdym kroku było widać osoby sprzątające. Ponoć na Teneryfie są wszędzie karaluchy. Tutaj widzieliśmy przez dwa tygodnie jednego.

Baseny. Dwa. Jeden bardziej dla dorosłych – nie można nawet z kołem wejść o piłce nie wspominając. Dziwny przepis, ale… Drugi basen do szaleństw z dziećmi. Oba o głębokości 136 cm (bez brodzika). Dodatkowo zjeżdżalnia o niskim poziomie szaleństwa. Właściwie nie mieliśmy większych problemów ze zdobyciem leżaków, choć czasem je rezerwowaliśmy wcześniej. Tuż przy leżakach szalały jaszczurki.

Animacje. Codzienny program wieczorny raz lepszy (taniec w stylu Michaela Jacksona, iluzjonista, flamenco), raz gorszy. Piętro wyżej – muzyka na żywo – tu szczególnie polecamy występ JoseAlmasa (jak my byliśmy śpiewał w soboty). W ciągu dniach turnieje w tenisa stołowego, piłkę nożną, bowle, strzelanie, crazygames, gra w piłkę wodną. Niestety, większość niepunktualnie co nie pozwalało zaplanować dnia. W dodatku większość animatorów francuskojęzycznych, zagadywali głównie do obywateli z nad Sekwany. To mili ludzie, ale jednak widać było pewien podział na Francuzów i innych.

Bary. Trudno o opinię, bowiem za alkoholem nie przepadamy. Ale zdaniem żony – drinki całkiem dobre, były zresztą też dwa bezalkoholowe.

Wczasowicze. Bardzo wielu Polaków i Francuzów. Sporo obywateli Wielkiej Brytanii, nieco mniej Rosjan i jeszcze mniej Niemców. Generalnie atmosfera jak zwykle na wakacjach miła i sympatyczna.


Komentarze

Anuluj


O autorze

Tomasz Czarnecki
Tomasz Czarnecki
Pasjonat dziennikarstwa i podróży w jednym. Kocha planować i organizować wyjazdy - te bardzo bliskie jak i nieco dalsze, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Wśród licznych publikacji szczególnie ceni sobie te dotyczące bezpiecznej i ekonomicznej jazdy. Pasjonuje się sportem, zarówno w płaszczyźnie teoretycznej jak i praktycznej: gra w piłkę nożną, jeździ na rowerze, bywa przy stole pingpongowym. Nie pogardzi partyjką w ciekawą grę planszową.