Krete(y)ńska wyprawa

  •    Pon, 08 Kwi 2019 23:51
Wspominając wypady wakacyjne wielu z nas pamięta wieczory spędzone pod palmą/dębem/sosną ze szklaneczką (bez)alkoholowego trunku, czyli błogość i relaks. Najciekawsze wspomnienia wiąże się jednak z wydarzeniami nietypowymi. Poniżej, krótko o jednym z nich, z dużą domieszką porad związanych z jazdą po pewnej greckiej wyspie. Przenieśmy się do 2016 roku.

Lubię motoryzację, kocham wyzwania. Jest godzina 6:30. Holenderska młodzież wraca do hotelu z nocnych imprez, reszta wczasowiczów śpi, nie myśląc jeszcze o porannym all inclusive. Co ja więc robię sam na parkingu przy samochodzie? Słońce za mocno dało się we znaki wczorajszego dnia? Najprościej odpowiadając – wykorzystuję dzienną „przepustkę” od rodziny, postanawiając sprawdzić, czy faktycznie przejazd na trasie Kreta Wschodnia–Kreta Zachodnia w obie strony w ciągu jednego dnia jest zadaniem prawie niewykonalnym. Bo tak mówił właściwie każdy, czy to osobiście czy przez fora internetowe. Aby sobie „ułatwić zadanie” (w końcu to urlop!), startuję z miejscowości Hersonissos, w której nocowałem podczas wakacji. To dwie godziny drogi od jeszcze dalej oddalonej na wschód atrakcyjnej plaży Vai, co jednak nie pomniejsza skali zadania. Zresztą na zachodzie cel podwójny: dwie legendarne plaże nazywane Balos i Elafonisi. Tzn. ta druga stanowi fakultet. Do tego limit czasu: 15 godzin (minus tradycyjne opóźnienie na starcie – 30 minut), by oddać pojazd przed godziną 21.

Polityka wypożyczalni

Właśnie, samochód. Już samo wypożyczenie jest ciekawym zagadnieniem. Rezerwując przez Internet otrzymamy niższą cenę. Niestety, większość firm rent a car zakazuje jazdy po terenach nieutwardzonych i nie można dokupić dodatkowego ubezpieczenia od tego rodzaju zdarzeń. Chcąc wynająć pojazd „z ulicy” widzimy atrakcyjne ceny ze 100-procentowym ubezpieczeniem pojazdu. Jednak jak wejdziemy do biura otrzymujemy informację, że to tylko kwoty pokrywające umowę porównywalną z polskim OC. Szerszy zakres (czyli jak my przyłożymy w coś, kogoś) kosztuje więcej, choć można tutaj ponegocjować. Ostatecznie trafiam na wypożyczalnie dającą pełne ubezpieczenie i pozwolenie na Balos. Mieści się… w hotelu, w którym spałem. Moim środkiem transportu Toyota Yaris, z malutkim silnikiem benzynowym, typowe auto miejskie. Jak się potem okaże, wbrew obawom japoński maluch potrafi także wiele na trasie, nawet jeśli kierowca często używa gazu i hamulca, nie oszczędzając auta jeśli chodzi o dynamikę jazdy.

Rozsądek niezbędny

Mimo że jadę sam mając do pomocy jedynie prostą mapę otrzymaną z wypożyczalni (wtedy pakiet Internetu jeszcze kosztował), pierwszy odcinek 255 km wydaje się niezbyt trudny. Droga niby prosta, główna, bez komplikacji. A jednak. Piękne widoki, sporo zakrętów, fotoradary i oryginalny sposób jeżdżenia miejscowych oraz turystów wypożyczających pojazdy sprawiają, że prowadzenie stanowi przyjemność, lecz wymaga nie lada wysiłku, szczególnie jeśli chodzi o koncentrację.

Z dwoma krótkimi przerwami osiągam drogowskaz wskazujący bezpośrednio cel po czterech godzinach. Potem jeszcze 30 minut drogą szutrową. Już wiem dlaczego wiele firm rent a car nie pozwala na jazdę tą trasą. Kamienie wielkości jak na naszych nasypach kolejowych, wąsko, czasem bez barierki, sporo wzniesień. Odcinek iście malowniczy, jeden z najładniejszych jakimi jechałem w życiu, lecz wymagający przede wszystkim rozsądku, by nie przekraczać 15-20 km/h. Inaczej zawieszenie pojazdu osobowego pozostać trwałym elementem krajobrazu.

Nietypowy strażnik

Parking strzeżony. Strzeżony przez kozy… Dość tłoczno, ale kilka miejsc pozostało a poza tym Yaris nie jest ciężarówką. Teraz jeszcze tylko 30 minut w dół i trafiam do raju. Właściwie znalazłem się w nim już wcześniej widząc niesamowity krajobraz z góry. Schodząc miałem miękko w nogach – widok Laguny Balos bowiem powala. Kąpiel równie niesamowita. Przejrzysta woda o niesamowitym kolorze, wielkie ryby pływające obok nas, po prostu bajka. Z euforii budzi mnie zerknięcie na telefon. Nie chcę stąd się ruszać, ale druga niesamowita plaża kusi niczym wąż Ewę. Rozsądek mówi „odpuść”, zrelaksuj, ciekawość świata prowokuje do sprawdzenia czy na Elafonisi jest jeszcze cudowniej. „Walka” trwa dobre 30 minut dalszego eksplorowania Balos, lecz w końcu ruszam pod górę. Która godzina? Jest źle, bardzo źle, mimo to ruszam, mając świadomość ewentualnej kary od rent a car za nieterminowy zwrot samochodu.

Czas to pojęcie względne

Na pokonanie 50 kilometrów tracę… 90 minut, mimo usilnych prób naśladowania kierowców rajdowych. Niestety, kręte i wąskie drogi górskie nie pozwalają na wielkie prędkości. Tu ciekawostka, wjeżdżając do miasteczek szosa nagle się zwęża i mamy wrażenie, że chyba to już nie jest główna arteria i zabłądziliśmy. Ale po chwili znów mamy szeroko. No dobra szeroko w rozumieniu greckim - tak by zmieściły się dwa auta osobowe.

W dodatku niektórzy kierowcy na wakacjach prowadząc pojazdy tempem… wakacyjnym (choć może bezpiecznym?!), a ja przecież walczę z czasem. Docieram do Elafonisi oczywiście nadal będąc w niedoczasie. Różowy piasek, kolejne niesamowite doznania dla oczu, tak, tu też jest wspaniale, choć subiektywnie oceniając, minimalnie mniej atrakcyjnie niż na Balos. I tak nie chce mi się wyjeżdżać, szczęśliwe chwile mijają bardzo szybko.

Powrót – 350 km to kolejne pięć godzin jazdy, z króciutką przerwą (cząstka rozsądku jednak pozostaje w mózgu). Na szczęście tego dnia moja kondycja była w iście maratońskiej formie. Dodatkowe opóźnienie spowodowane jest poniekąd przez firmę Shell – koncern opuścił stację w nienaruszonym stanie i dopiero sięgając do dystrybutora zauważam, że na tym obiekcie raczej paliwa nie kupię i trzeba szukać nowego punktu. Tylko gdzie? Wskaźnik pokazuje rezerwę, zjeżdżam z głównej drogi. Zrozumienie objaśnień „jak dojechać” w dialekcie grecko-angielskim nie ułatwia działania. Jakimś cudem docieram do stacji, lecz powstaje kolejny problem - z odnalezieniem wjazdu na drogę krajową. Tracę totalnie bezsensownie 25 minut. Notabene, po powrocie na trasę, po 2 km mijam stację paliw…

Auta turystyczne

Godzina 20:55 - cel został osiągnięty, lecz nie polecam tego nikomu powtarzać. Służbowo takie odcinki można (czasem trzeba) pokonywać, prywatnie to średni pomysł na relaks… Z drugiej strony Balos (tu na twarzy autora ponownie szeroki uśmiech). No dobra, jak już pochwaliłem się Czytelnikom swoim „wyczynem”, warto przybliżyć kilka informacji odnośnie jazdy po Krecie, bo wygląda ona nieco inaczej niż w kraju nad Wisłą. Sporą liczbę, być może większość pojazdów osobowych poruszających się po tej wyspie, stanowią auta z wypożyczalni. Zazwyczaj reprezentowane przez segment A, B i C, dużą popularnością cieszą się też kabriolety i samochody typu Suzuki Jimny. Są w różnym stanie, Toyota Yaris jeździła świetnie, jedyna wada to śmierdząca klimatyzacja. „Testowaliśmy” też Toyotę Auris – również bez zarzutu, w gorszym stanie (ale jak najbardziej nadającym się do użytku) był Jimny. Dużo zależy oczywiście od wypożyczalni, ale i trochę od szczęścia.

Stan dróg

Wspomniana „krajówka” jest jakości nieco gorszej do polskich „eSek”, lecz nie ma specjalnych nierówności. Włodarze drogowi mają świadomość ogromnej liczby turystów pokonujących te ciekawe trasy i przykładają się do zapewnienia im w miarę dobrych warunków podróży. Oznaczenia znajdziemy zarówno w dziwnie wyglądającym dla nas alfabecie greckim jak i po angielsku. Co ważne, a w Polsce raczej nie do wyobrażenia – w sezonie nie ma tam remontów.

W miastach jeździmy głównymi drogami. Jeśli zamierzamy z nich zboczyć, jest wąsko, bardzo, bardzo wąsko. Niby widać tam pojazdy, więc leniwy kierowca wjeżdża w coraz to różne uliczki, ale po kilkunastu minutach podążania w odległości kilkunastu centymetrów od przeszkód człowiek ma ochotę najszybciej jak to możliwe opuścić dany teren. Ciekawostka. Zostawiając środek lokomocji na jednym z płatnych parkingów musiałem oddać kluczki obsłudze. Auta są tam parkowane według nierozpoznanej przeze mnie strategii, z racji niewielkiej ilości miejsca dochodzi do zastawiania samochodu. I potem jak wracamy parkingowy tak lawiruje, by wydostać nasz samochód.

Przeklęte fotoradary

Zmorę stanowią fotoradary. Praktycznie zawsze mamy dwa znaki ostrzegające przed pojawieniem się pułapki, ale za to ograniczenia prędkości są schowane nierzadko za krzakami. Nie zawsze jest też jasne, dokąd owe oznaczenia obowiązują. „Aparatów fotograficznych” jest przy głównej trasie wiele, nie brakuje patroli policyjnych. Piraci drogowi muszą zatem powstrzymać swoje szaleńcze zapędy, co akurat mnie bardzo raduje. W miastach panuje „wolna amerykanka”. Wyjechać może każdy, z każdej strony i kwestia bezpieczeństwa, a czasem nawet kolor światła, nie zawsze odgrywa pierwszorzędne znaczenie. Planując wszelkie inne eskapady niż przejazd między głównymi miastami trzeba koniecznie wziąć pod uwagę, że drogi są pełne zakrętów, z dużym przewyższeniem, zatem pokonanie wąskich, asfaltowych duktów zajmuje dużo czasu. Szczególnie jeśli mamy pasażerów nieprzepadających za jazdą pojazdem. To zatem bardzo trudna „orka” dla kierowców. Po pewnym czasie można się jednak przyzwyczaić do reguł, które prezentujemy w ramce.

Kozy na drodze

Kolejna kwestia to wszechobecne kozy. Czają się nawet przy głównych trasach a co dopiero w górach. Mogą niespodziewanie wejść na drogę a wtedy tylko od naszego refleksu i stanu hamulców zależy czy dojdzie do zdarzenia drogowego. Koniecznie należy zabrać ze sobą gotówkę. Nawet na niektórych stacjach paliw i w niektórych wypożyczalniach aut nie możemy płacić kartą. Sklepy czasem wymagają natomiast dokonania zakupów na określoną kwotę, by nie płacić banknotami.


Zasady jazdy po Krecie

  • Jedziesz mniej niż 90 km/h – trzymaj się bocznego pasa awaryjnego
  • Ciągła linia to iluzja – można wyprzedzać właściwie wszędzie
  • Wyprzedzając „na trzeciego” można zatrąbić, gdy ktoś jadący z przeciwka nie zjedzie z drogi
  • Autobus ma zawsze pierwszeństwo, nieważne gdzie, nieważne jak, nieważne dlaczego,
  • Znaki ograniczające prędkość bywają schowane za krzakiem