Laos atrakcje

Myśleliście kiedyś by pojechać do Laosu? Lao..., tak Laosu. My zdecydowanie nie. Aż do chwili, w której nie przeczytaliśmy porad Krzysztofa Kowalskiego. My zaczęliśmy od rzucenia okiem na mapę, gdzie tego Kowalskiego pognało. Im dłużej czyta się wywody o tym państwie, tym bardziej w głowie zaczyna kołatać myśl, a może być tak i Laos dołączyć do podróżniczej listy marzeń.

Laos jako jedyne państwo w regionie nie ma dostępu do morza. Czy stawia go to na przegranej pozycji względem Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży? Absolutnie nie! Kraj ma bardzo dużo do zaoferowania. Spędziłem w Laosie 8 dni i zaproponuję trasę, którą i wy możecie zrealizować. Obejmuje ona trzy największe atrakcje kraju: Luang Pragang, Vang Vieng i Wientian.

Swoją podróż po Laosie zacząłem w Luang Prabang. Wielu turystów dociera tam samolotem z Bangkoku lub z Chiang Mai, położonego w północnej, graniczącej z Laosem części Tajlandii. Jeśli myślicie o takiej opcji to Tajlandię Północną opisałem tutaj, a także tutaj). Na lotnisku w Luang Prabang można wyrobić laotańską wizę. O wizie i innych radach będziecie mogli poczytać w oddzielnym tekście.

Luang Prabang dla Laosu to jak Kraków dla Polski. Nie jest stolicą, ale tego miejsca nie może ominąć żaden turysta. Od 1995 roku jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na zachowaną historyczną architekturę, liczbę i rangę świątyń, i wierność tradycji. Architektura miasta to połączenie murowanych budynków ery kolonialnej z lokalnymi wiejskimi drewnianymi zabudowaniami. Jako przykład wierności tradycji podaje się codzienną, poranną ceremonię zbierania jałmużny przez buddyjskich mnichów (“alms giving”).

I tak naprawdę, kto nie doświadczył tej ceremonii nie może powiedzieć, że był w Luang Prabang. Ja, podczas czterech dni w Luang Prabang, dwa poranki przeznaczyłem na obserwowanie tego obrządku. Stosownie do tego czy mieszkamy blisko któregoś z klasztorów i czy zależy nam na zabiegach higienicznych przed wyjściem, tak nastawiamy budzik. W moim przypadku była to 5 rano bo przed 6, jeszcze przed świtem, mnisi w pomarańczowych szatach, gęsiego prowadzeni przez najstarszego rangą, opuszczają w milczeniu klasztory. Na okalających ulicach czekają na nich darczyńcy; mają zdjęte buty i klęczą. Tak okazują szacunek. Wszystko odbywa się w milczeniu. Darem jest zwykle ugnieciona rękami kulka kleistego ryżu, ale też artykuły higieniczne, pieniądze, a nawet batony. Z otrzymanego ryżu mnisi potem lepią małe krążki i suszą je wykładając na okalających klasztorne zabudowania ogrodzeniach. Niestety, na głównej ulicy miasta Sisavangvong, hordy – głównie chińskich – turystów nadały tej religijnej ceremonii karykaturalny charakter. Zdecydowanie lepiej wybrać klasztory dalej od centrum.


Komentarze

Anuluj


O autorze

Krzysztof Kowalski
Krzysztof Kowalski

justkowalski.pl

Kocha podróżować. Odwiedził jakieś 100 ciekawych regionów w ponad 60 krajach, na 6 kontynentach.