Puszcza Notecka na rowerze

  •    Pt, 24 Lip 2020 18:14
Puszcza Notecka stanowiła cel kolejnej rowerowej wyprawy. Mając do dyspozycji samochód jako źródło dowozu, wybrałem punktem startowym Chojno. Potem czysta improwizacja, bo wstępne plany wypadowe na ten dzień miały być zupełnie inne, z różnych przyczyn zmiana nastąpiła właściwie wsiadając do auta. Oto moje wrażenia, subiektywne jak to wrażeniami bywa.

Jeździłem po lasach od wspomnianego Chojna do Borowego Młyna (tego przy Sierakowie). Na Google Maps sprawdzałem tylko jakie są jeziorka wokół i to one, co nie stanowi rzadkości w moich eskapadach, pełniły funkcję punktów pośrednich.

  • To zdecydowanie tereny dla rowerów MTB, teoretycznie idealne dla roweru jaki mam. Dużo podjazdów, zjazdów, jeśli ktoś z Wielkopolski planuje się wybrać w góry (ja jeszcze nie planuję, choć…) polecam jako fajne miejsce do treningu. Dla mnie dosłownie raj, gdyby nie… Nie uprzedzajmy jednak faktów.

  • Wrzosowe Wydmy. Taaak, to było to. Zjeżdżanie po piasku i próby podjazdów – brzmi dziwnie, ale zabawa jakich mało. Oczywiście mój łańcuch rowerowy może mieć na ten temat inne zdanie, ja bawiłem się znakomicie.

  • Urocze Jezioro Jelonek.

  • Nieco ponad godzina drogi autem od Poznania, to w sumie nie dużo. W dodatku nie ma po drodze autostrad, więc spalanie też nie rujnuje budżetu.

  • Można się zatrzymać by zjeść jagody, grzybów jeszcze brak, ale zapewne będą. Oczyma wyobraźni widziałem miejsca, w których mógłby wyrosnąć dorodny prawdziwek.

+- Wspominałem o piasku. Tereny po jakich jeździłem obfitowały w mnóstwo odcinków z tym podłożem. To utrudniało jazdę, choć… ja to lubię, stąd plus z minusem.

  • Brakowało jakiś krajobrazowych i turystycznych „wow”, kilka miejscówek było całkiem fajnych, lecz bez olśnień.

  • Okoliczności. Wspominałem o swoim rowerze. Odebrałem go prosto od naprawy. Po asfalcie wokół domu jeździł super, ale w terenie katastrofa. Gdyby nie odrobina umiejętności wróciłbym z czymś więcej niż zbitym kolanem. Przednie przerzutki działały właściwie jak chciały i to od pierwszego podjazdu. Próby pokonywania bardziej stromych wzniesień też kończyły się buntem ze strony sprzętu. Nie będę opisywał co to za warsztat i ostro krytykował, bo panowie przyjęli reklamację i kolejną także. Wkrótce zobaczymy efekty reperacji. W każdym razie zdecydowanie nie wyciągnąłem z tego wyjazdu tyle ile można było. Do tego doszły skutki kontuzji z gry w piłkę – stopa nadal bolała, by nie użyć słowa z „łaciny” na „n” i niewyspanie.

Tym razem wyszło tylko 61 km – start w Chojnie ok, g. 11:15, z powrotem przy aucie 19:30, lecz łatwo nie było. Szczególnie, że kilka razy zgubiłem drogę i jechałem po offroadzie z mocnym naciskiem na słowo off. Obiecałem sobie, że jeszcze wrócę w te rejony, by jechać od Borowego Młyna na zachód, odwiedzić przy okazji mój kochany Sieraków, może pojechać wzdłuż Warty. Warto – Wielkopolska jak i jej pogranicze z Ziemią Lubuską to dobre tereny dla turystyki rowerowej.


Komentarze

captchaType the text.
Anuluj


O autorze

Tomasz Czarnecki
Tomasz Czarnecki
Pasjonat dziennikarstwa i podróży w jednym. Kocha planować i organizować wyjazdy - te bardzo bliskie jak i nieco dalsze, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Wśród licznych publikacji szczególnie ceni sobie te dotyczące bezpiecznej i ekonomicznej jazdy. Pasjonuje się sportem, zarówno w płaszczyźnie teoretycznej jak i praktycznej: gra w piłkę nożną, jeździ na rowerze, bywa przy stole pingpongowym. Nie pogardzi partyjką w ciekawą grę planszową.