Moje miejsce na Korfu

Jadę szeroką, przynajmniej jak na wyspę Korfu, trasą wzdłuż wybrzeża. Może nieolśniewającą widokowo, ale całkiem ładną. Nagle skręcam za drogowskazem kierującym do Old Perithia. Trasa coraz bardziej wąska, momentami zamienia się w szuter, omijam dziury by zawieszenie nie udało się na wieczny spoczynek. Auto wjeżdża coraz wyżej, morze zostaje zupełnie za plecami, żadnych zabudowań, nawet znaków drogowych. Omal nie przejeżdżam węża. Nagle droga dobiega końca, stary znak „ulica bez wyjazdu” oznacza kres pracy dla auta. Gdzie do diabła trafiłem? Zapraszam na moment do moim zdaniem najbardziej klimatycznego miejsca na całym Korfu: Starej Perythi.

Samochód zostawiam na miejscu, które w teorii można nazwać parkingiem, ale jest tylko skrawkiem ziemi poza drogą. Po chwili dojeżdża rodzina na szwedzkich rejestracjach. Zmęczony całym dniem eksploracji plaż, punktów widokowych i zamków patrzę za siebie a tam kościół z dwoma dzwonnicami. Patrzę w drugą stronę – gdzie są wierni? Biorę starego Nikona i ruszam na fotograficzne łowy. Niestety, nie oddadzą one choćby w pięciu procentach tego, co można poczuć w Old Perithia.

Kiedyś życie na Korfu toczyło się pośrodku wyspy. Stąd wysoko położone ruiny ponoć niezdobytego zamku Angelokastro, stąd właśnie Stara Perythia, schowana przed piratami i innymi niebezpieczeństwami przeszłego świata. Ponoć powstała w XIV/XV wieku. Z czasem ludzie zaczęli się przenosić nad wybrzeże, które teraz jest przepełnione turystami a więc stanowi źródło dochodu miejscowych. Wybudowano także Nową Perythię, znacznie bliżej morza.

Spacerując po opuszczonych domach, w większości zaniedbanych, bo tylko część ma ślady jakiejkolwiek renowacji, poczułem „zapach” przeszłości. Pozostałości kościołów, pokoje z drzewami w środku, podwórka w ruinie. Za bardzo się nie zagłębiam, by z moim szczęściem nie wpakować nogi w dziurę lub nadepnąć pełzającego stwora. Tu kiedyś tętniło ludzkie życie, ponad 130 domostw, kilka świątyń. Teraz jest tak cicho, tak spokojnie, bo też za wielu turystów nie ma. Gdzieś dostrzegam będącego na chodzie Fiata Cinquecento. Zasięg komórkowy szwankuje, nawet nie można się podzielić tym wrażeniem. I dobrze. Bo zdjęcia, opisy to tylko obrazy. Ważne co czujemy w danej chwili, co mamy w sobie i co zapamiętamy na lata, gdy już nie będzie nam się chciało lub nie będziemy mogli ruszyć z fotela/łóżka. Taka jest dla mnie Stara Perythia, miejsce doskonałe dla mózgowego resetu, czesania myśli, dotyku historii.

Miasto całkowicie nie wymarło. Kilka rodzinnych tawern oferuje tanie lokalne jedzenie – testowałem królika (10 euro) i smakował lepiej niż hotelowe all inclusive. Można też kupić miejscowy miód. Resztę zjada czas. Czas, którego nie przegonimy, stąd moja wizyta taka krótka. Dżem śpiewał kiedyś, że w życiu piękne są tylko chwile. Od pewnego czasu je kolekcjonuję. Ta bez wątpienia będzie jedną z najbardziej niesamowitych. Nie wierzycie – zajrzyjcie sami, odrywając się na moment od wybrzeża. Przymknijcie na moment oczy (naturalnie stojąc, bo chodząc po bruku z zamkniętymi oczami możecie zaliczyć niezłego dzwona), wyobraźcie sobie przeszłość tego miejsca, wsłuchajcie się w dźwięk ciszy. Choćby na minutę zapomnijcie o pracy, kłopotach, dziesiątkach spraw. I poczujcie prawdziwy urlop...


Komentarze

Anuluj


O autorze

Tomasz Czarnecki
Tomasz Czarnecki
Pasjonat dziennikarstwa i podróży w jednym. Kocha planować i organizować wyjazdy - te bardzo bliskie jak i nieco dalsze, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Wśród licznych publikacji szczególnie ceni sobie te dotyczące bezpiecznej i ekonomicznej jazdy. Pasjonuje się sportem, zarówno w płaszczyźnie teoretycznej jak i praktycznej: gra w piłkę nożną, jeździ na rowerze, bywa przy stole pingpongowym. Nie pogardzi partyjką w ciekawą grę planszową.